O Wojtku, który pokonał samurajów

Urodził się w Zakopanem. Po raz pierwszy założył narty, kiedy miał trzy lata. Jako 10-latek podziwiał najlepszych skoczków, którzy startowali na Wielkiej Krokwi w Zakopanem, gdzie w 1962 roku odbywały się Mistrzostwa Świata. Dziesięć lat później został Mistrzem Olimpijskim w japońskim Sapporo. O swojej przygodzie ze sportem i o tym , jak olimpijski sukces odmienił jego życie, Wojciech Fortuna opowiadał uczniom sokólskich szkół. Spotkania z mistrzem odbyły się w piątek 16 grudnia 2016 roku.

Wojciech Fortuna w Sokółce

Wojciech Fortuna przyjechał do Sokółki na zaproszenie Burmistrz Sokółki Ewy Kulikowskiej. Olimpijczyk spotkał się z uczniami Zespołu Szkół Ogólnokształcących, Zespołu Szkół Integracyjnych i Gimnazjum nr 1 w Sokółce.

– Jeżdżę po całej Polsce, ale w waszym mieście dotychczas nie byłem. Od 11 lat mieszkam na Suwalszczyźnie – powiedział Wojciech Fortuna.

Skoki narciarskie były jego pasją od najmłodszych lat.

– Kiedy w 1962 roku mieliśmy w Zakopanem Mistrzostwa Świata, przez pięć dni nie chodziłem do szkoły. Stałem pod Wielką Krokwią i z zapartym tchem śledziłem treningi najlepszych zawodników na świecie. Wtedy dostałem reprymendę od trenera za wagarowanie i zrozumiałem, że do szkoły jednak trzeba chodzić – wspominał Wojciech Fortuna.

Jego największe sportowe osiągnięcie wśród juniorów to 16 miejsce na Mistrzostwach Europy.

– Do olimpiady w Sapporo trenowałem 10 lat. Kadra skoczków wylatywała do Japonii w poniedziałek, a jeszcze w niedzielę nie było wiadomo, czy do niej dołączę. Jeden z ówczesnych działaczy sportowych Polski Ludowej oświadczył, że jestem za młody, nie mam rutyny i na igrzyskach z pewnością się pogubię. Minister Sportu sprzeciwił się tej opinii i kazano mi się pakować na olimpiadę. Lot do Sapporo trwał 18 godzin. Trasa prowadziła z Warszawy do Paryża przez Alaskę i Tokio. Kiedy byłem już w Sapporo obiecałem sobie, że pokaże wszystkim, że coś jestem wart – przyznał Wojciech Fortuna.

Wszyscy mieszkańcy wioski olimpijskiej przewozili na igrzyska gadżety na wymianę.

– Ja zabrałem ze sobą kryształ, który tak spodobał się japońskiemu skoczkowi, że podarował mi za niego nowoczesny kombinezon i buty. To była bardzo udana wymiana – dodał mistrz.

Na średniej skoczni Wojciech Fortuna zajął szóste miejsce.

– Na dużej skoczni faworytami byli oczywiście Japończycy. Pierwszą serię skończyłem z wynikiem 111 metrów. To był najdłuższy skok. Prowadziłem sześcioma punktami. Moi rywale lądowali na 90 – 95 metrach. Cały konkurs wygrałem 0,1 punkta. Pokonałem samurajów! Gospodarze nie przewidzieli, że na dużej skoczni będzie triumfował Polak. Mieli problem z nutami do „Mazurka Dąbrowskiego”. Ostatecznie, ceremonia dekoracji odbyła się jak trzeba. Kiedy zagrano „Mazurka Dąbrowskiego”, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Nie popłakałem się! Za złoty medal z Polskiego Komitetu Olimpijskiego przysługiwała mi nagroda w wysokości 300 dolarów. Wtedy parcela w Zakopanem kosztowała 200 dolarów. Koniec końców w kopercie znalazłem tylko 150 dolarów. Połowę zabrali partyjni działacze, twierdząc, że… wcale nie muszę skakać – powiedział Wojciech Fortuna.

Zwracając się do uczniów sokólskich szkół, Mistrz Olimpijski z Sapporo przyznał, że w dzisiejszych czasach warto być sportowcem.

– Teraz sport jest tak skomercjalizowany, że uprawiając z sukcesem jakąś dyscyplinę, można zarobić na całe życie. Ja też załapałem się na sportową emeryturę, czyli 2.600 miesięcznie. Dorabiam sobie w Szelmencie – dodał Wojciech Fortuna.

Uczniowie pytali mistrza, kto może zostać skoczkiem?

– Ten, kto się boi, z pewnością skoczkiem nie będzie. W moich czasach była to bardzo niebezpieczna dyscyplina. Teraz jest inaczej. Zawodnicy skaczą w kaskach, na zdecydowanie lepszym sprzęcie. Na skoczniach jest dużo bezpieczniej. Kiedy jeździłem na zawody, rekord świata wynosił 165 metrów. Teraz jest 250 metrów. Wierzę, że niedługo zawodnicy polecą w powietrzu nawet 300 metrów. I jeszcze coś, kiedy wam coś nie wychodzi, nie ma co się załamywać. Trzeba iść konsekwentnie do przodu. Pierwszy skok też mi  nie wyszedł, a potem… Znacie już moją historię – powiedział Wojciech Fortuna.

Sportową karierę zakończył w 1977 roku. Przez 17 lat był taksówkarzem. Z zawodu jest elektrykiem samochodowym.

– Gdybym miał jeszcze raz zdecydować o swoim życiu, zostałbym… skoczkiem – przyznał Wojciech Fortuna.

W 2015 roku za 50 tys. dolarów sprzedał swój złoty medal olimpijski firmie odzieżowej 4F. Zgodnie z umową, krążek przekazano Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. Połowę kwoty z transakcji przekazano na rehabilitację amerykańskiego skoczka Nicka Fairalla, który dwa miesiące wcześniej po upadku na skoczni doznał kontuzji kręgosłupa, a pozostałą część na leczenie polskiej panczenistki Natalii Czerwonki, która również doznała kontuzji kręgosłupa.

Na zakończenie spotkań z uczniami, Wojciech Fortuna rozdawał autografy i podpisywał swoje książki.

– Niech fortuna nigdy nie opuszcza  Sokółki – dodał Mistrz Olimpijski.

(UM) Fot.: D. Biziuk 

Skip to content